sobota, 13 lipca 2013

4 dni przerwy? Dość!

Prośby zostały wysłuchane i sobotni poranek przywitał bardzo ładną pogodą (może nie słoneczną, ale przynajmniej nie padało :)). 4 dni przerwy to zdecydowanie za długo. Z radością i uśmiechem na ustach ubrałem strój, zawiązałem buty na nogach i wyruszyłem w trasę. W weekendowe dni można spotkać znacznie więcej osób niż w ciągu tygodnia, więc miłe gesty (skinienie głową, podniesienie ręki) były praktycznie co chwilę, choć zdarzyło się kilka osób które patrzyły ze zdziwieniem "o co Ci chodzi człowieku?" :)
A co o samym biegu? Jako, że trochę mało czasu było, bo szykowaliśmy się do wyjazdu na wakacje postanowiłem zrobić krótkie 10 km. Serce mówiło "biegnij ile sil w nogach, od samego początku daj z siebie wszystko", za to głowa żeby stopniowo się rozgrzać, bo później mogę tego żałować. Na szczęście zwyciężył rozsądek i pierwsze 2 km truchtałem w tempie 65-70% swojego tętna czując jak mięśnie się przyzwyczajają i podnoszą swoją temperaturę. Kolejne kilometry były jak bajka - po takiej przerwie tłuszcz aż płakał (nie pamiętam abym po 10 km aż tak się pocił). Główne rozbieganie, czyli 8 km pokonałem przy tętnie 80-85%.



Mimo tego, że wyjechaliśmy z dzieckiem, część mojego bagażu zajął asortyment do biegania (inaczej być przecież nie mogło). Na niedziele zaplanowałem trochę dłuższe wybieganie. Wystarczy teraz tylko przejrzeć okolicę i można ruszać w drogę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz