Po pięciu nockach w pracy, w końcu można się zrelaksować i przestać żyć myślą "i znowu dzisiaj tam wracam". Prognoza pogody również dzisiaj się sprawdziła, ponieważ piękna i słoneczna pogoda towarzyszyła przez cały dzień (i jak tu jej nie wykorzystać?). Wcześniej jednak mała drzemka - nagroda dla organizmu po takim tygodniu. Jako, że popołudniu wybraliśmy się nad jezioro z małym (Rafałek oczywiście pozdrawia :))
zdecydowałem się, że trening ze spokojem odbędzie się pod wieczór, również słońce nie będę aż tak grzało. Zabawa nad wodą była przednia, szczególnie widok syna w tym swoim kółku. Po powrocie można było zacząć "szykować się" do wyjścia - 2 godziny przed zjadłem bułkę z dżemem truskawkowym (mały zastrzyk energii na drogę) i wypiłem 200 ml soku (jeszcze w trakcie doszło kolejne 200 ml i 125 ml napoju izotonicznego).
Sam trening (o dziwo) przebiegał super - może za sprawą braku słońca, które tak grzało w ciągu dnia. Pierwsze 2 km rozgrzewki były niczym kawa z samego rana, poczułem że baterię znowu zaczęły się ładować inną energią. Tempo było takie jak zwykle - 65-70% tętna, przy czym nie wiedziałem czy pocę się, bo organizm zaczął podnosić temperaturę czy z powodu dużej wilgotności powietrza. Kolejne kilometry starałem się trzymać zarówno w równym tempie jak i tętnie. Już na stałe do swojego "stylu" biegowego dołożę odpowiednią pracę rąk - bardzo dobry wspomagać, szczególnie gdy nogi chcą zacząć zwalniać. Cały dystans 11,8 km rozbiegania pokonałem w tętnie 75-80%.
Przez cały czas treningowy wypiłem 250 ml napoju izotonicznego i przegryzłem to batonikiem. Nie wiem czy to woda takiego smaku mi narobiła czy ten bieg, ale po powrocie w biegu, pierwsze co wpadło mi w rękę to duży jogurt 400 ml z owocami. Niebo dla podniebienia :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz